Otwórz aplikację mobilną
DRNMon–Fri: 11:00 AM — 8:00 PM
Potrzebujesz pomocy? Zadzwoń chętnie pomożemy.
"PRACA" to nie jest kolejna historia o sukcesie w korporacji.
To szczera, momentami brutalna opowieść o świecie, w którym wiedza bywa tylko pretekstem, a prawdziwa gra toczy się poza oficjalnym scenariuszem.
Poznaj kulisy branży farmaceutycznej widziane oczami człowieka, który wchodzi do niej z idealizmem... i szybko odkrywa mechanizmy, o których nikt nie mówi na szkoleniach.
Konferencje, relacje, presja wyników i decyzje, które zmieniają człowieka — "PRACA" pokazuje rzeczywistość bez filtrów i bez wygodnych odpowiedzi.
👉 Jeśli interesują Cię historie inspirowane prawdziwym życiem, psychologią wyborów i cienką granicą między etyką a sukcesem — ta książka jest dla Ciebie.
"PRACA" jest kontynuacją a dokładniej kolejnym filarem życia jednego człowieka rozpoczętą w książce "KOBIETY". Trzy filary. Jedno życie: KOBIETY, PRACA, RODZINA.
FRAGMENT TEKSTU
POCZĄTKI W FARMACJI
NIE CHODZI O WIEDZĘ, CHODZI O SPRZEDAŻ
Był mój pierwszy tydzień jako przedstawiciel medyczny. Kilka dni wcześniej skończyłem dwutygodniowe szkolenie, ale wciąż czułem się jak cudzoziemiec, który zna słówka, ale nie rozumie języka. W głowie miałem nazwy substancji czynnych, mechanizmy działania leków i slajdy z prezentacji o "dostarczaniu najnowszej wiedzy". Teoretycznie byłem przygotowany. Teoretycznie.
Pamiętam, jak siedziałem w samochodzie przed hotelem, ściskając kierownicę tak mocno, że pobielały mi knykcie. Na tylnym siedzeniu piętrzyły się kartony z materiałami promocyjnymi – ulotki, długopisy, notatniki, próbki leków. Wszystko poukładane, posortowane, gotowe do rozdania. Tylko ja nie byłem gotowy.
Kiedy dostałem informację, że mam wziąć udział w konferencji urologicznej, poczułem ucisk w żołądku. Niepokój, który wtedy jeszcze nie miał nazwy. Dziś wiem, że to był lęk przed demaskacją. Jak rozmawiać ze specjalistami? Jak nie ujawnić, że więcej nie wiem niż wiem? To ja miałem być przecież ekspertem. Tak przynajmniej mówiono na szkoleniach.
Hotel, w którym odbywała się konferencja, emanował porządkiem. Wszedłem do holu i natychmiast uderzył mnie ten charakterystyczny zapach – mieszanka świeżo wypolerowanej posadzki i drogich perfum, które właśnie ktoś rozpylił w recepcji. Cisza przerywana tylko odgłosami obcasów o marmurową podłogę. To nie pachniało medycyną. To pachniało instytucją.
Przy recepcji zobaczyłem tabliczkę: "Wystawa firm farmaceutycznych". Strzałka wskazywała korytarz jak drogę inicjacji. Przełknąłem ślinę i ruszyłem przed siebie, ciągnąc za sobą wózek z kartonami.
Sala konferencyjna była pusta. Rzędy stołów z kartkami firm wyglądały jak opuszczone stanowiska wyborcze po zakończonym głosowaniu. Profesjonalnie, ale martwo. Każde stanowisko było identyczne – biały obrus, karta z nazwą i logo firmy i nic więcej ani nikogo więcej. Dotarło do mnie, że jestem sam, a przecież konferencja miała się zacząć za godzinę.
Rozstawiałem stoisko mechanicznie. Rozkładałem roll-upy, układałem ulotki w idealne rządki, ustawiałem próbki leków jak żołnierzy na paradzie. Zajmowałem ręce, żeby nie myśleć. Rytuał powtarzanych czynności uspokajał. Lewa ręka wygładza obrus, prawa ustawiła kubek z długopisami. Sprawdzić, czy logo jest widoczne. Przesunąć o dwa centymetry w lewo. Teraz jest idealnie.
I wtedy pojawił się on.
Profesor, szef kliniki organizującej konferencję. Spotkaliśmy się dwa dni wcześniej w jego gabinecie. Wtedy było "panie profesorze", "panie Darku". Akademicki dystans, który teraz rozpadł się w sekundę.
Usłyszałem jego kroki, zanim go zobaczyłem – charakterystyczne, ciężkie stąpanie kogoś, kto przywykł, że inni ustępują mu z drogi. Podszedł do mojego stoiska, stanął naprzeciwko i przez chwilę mierzył mnie wzrokiem. Jego oczy były zmęczone, przekrwione, jakby nie spał od dwóch dni.
– Dzień dobry, panie profesorze – powiedziałem, forsując pewność, której nie czułem. – Mam nadzieję, że nie pomyliłem sali, bo poza mną nie ma jeszcze nikogo.
Spojrzał na mnie, zmrużył oczy. Cisza trwała może trzy sekundy. Wystarczyło.
– Darek,, co ty robisz?
Zamarłem. Nie tyle ze względu na wulgaryzm, co na zmianę tonu. Nagłość tej metamorfozy – z profesora na kumpla – była bardziej szokująca niż słowo. To tak, jakby ktoś nagle zdjął maskę i pokazał twarz, której nie powinieneś zobaczyć.
– Szykuję stoisko, panie profesorze – odpowiedziałem jak automat.
Spojrzał na moje starannie ułożone ulotki, na roll-upy, na próbki leków. Pokręcił głową z politowaniem, które było niemal ojcowskie.
–, Darek, zostaw to. I tak nikt tu nie zajrzy. Idziemy pić.
Roześmiał się, klepiąc mnie w ramię. Jego dłoń była ciężka, ciepła, wilgotna. Czuć od niego było drogim alkoholem.
– Ale... panie profesorze... konferencja za godzinę – wyjąkałem. – Powinienem być przy stoisku, jak lekarze zaczną przychodzić...
Przerwał mi, machając ręką.
– Synu, jesteś tu pierwszy raz, prawda? – Nachylił się bliżej. Jego głos stracił rubaszność, stał się niemal intymny. – To ci powiem. Wykłady są po to, żeby firmy mogły sobie odliczyć koszty. Stoiska są po to, żebyście wy mieli co robić. A prawdziwe interesy załatwia się przy barze. Rozumiesz?
Nie rozumiałem. Albo raczej – zaczynałem rozumieć, ale nie chciałem tego przyjąć do wiadomości.
– Idziemy – powiedział i nie czekając na moją odpowiedź, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Po kilku krokach obejrzał się przez ramię. – No kurwa, Darek, nie każ mi czekać.
Poszedłem za nim.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie ideały – tych już wcześniej nie miałem zbyt wiele. Pękła iluzja, że ta praca jest o czymkolwiek, co przypominało moje wyobrażenie o świecie farmacji. Profesor spojrzał na mnie nie jak na dostawcę wiedzy, tylko jak na element scenografii, który można przestawić. Albo odstawić na bok.
***
Bar mieścił się w hotelowym holu, za szklaną ścianą oddzielającą go od recepcji. Usiedliśmy w głębokich skórzanych fotelach, które zasysały człowieka jak bagno. Profesor zamówił dwie kawy i dwa koniaki.
– Za zdrowie – powiedział i przechylił swój. Patrzył na mnie wyczekująco.
Wypiłem. W gardle poczułem ogień, ale ciepło rozeszło się po żołądku. Profesor uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Widzisz? Jesteś w porządku. A teraz posłuchaj, co ci powiem, bo nikt ci tego na żadnym szkoleniu nie nauczy.
Opadł wygodniej w fotelu, przerzucił nogę na nogę. Jego buty były drogie, włoskie, ale znoszone. Jak wszystko w nim – kiedyś eleganckie, teraz już tylko wygodne.
– Ilu masz lekarzy na terenie? – zapytał.
– Wszystkich? Pewnie ponad 400. Urologów, internistów, pediatrów...
– Pediatra nie kupi twojego leku na prostatę, prawda? – przerwał. – Więc po co marnujesz czas?
– Bo..., bo mam też leki dla dzieci – tłumaczyłem niepewnie.
– Aha. – Pokiwał głową, jakby właśnie potwierdziły się jego najgorsze podejrzenia. – Słuchaj. Ja cię nauczę jednej rzeczy. Najważniejszej. Lekarze dzielą się na trzy kategorie. Pierwsza: ci, którzy piszą, bo wierzą w lek. Z nimi gadaj o badaniach, o wskazaniach, o mechanizmach. Ale takich jest może dziesięć procent.
Zamówił kolejny kieliszek koniaku. Nie pytał, czy chcę.
– Druga kategoria: ci, którzy piszą, bo im płacisz. Z nimi gadaj o konkretach. Ile za co. Proste. – Przechylił kieliszek. – I trzecia kategoria: ci, którzy piszą, bo cię lubią. Z nimi rozmawiaj o dupie, o piłce, o czym chcesz. I bądź miły. Rozumiesz?
– Chyba tak.
– Nie chyba. Tak albo nie. – Jego głos stracił rubaszność, stał się ostry jak skalpel. – W twoim wieku powinieneś już wiedzieć, że w życiu nie chodzi o to, co wiesz. Tylko o to, kogo znasz. I kto cię lubi.
Siedziałem w tym fotelu, czując, jak zaczynam się pocić i myślałem o tym, co powiedział. To było zbyt proste, żeby nie było prawdziwe.
– A pan, panie profesorze? – zapytałem nagle, sam zaskoczony swoją śmiałością. – Do której kategorii pan należy?
Spojrzał na mnie długo. Potem uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zęby pożółkłe od papierosów.
– Ja, synu, jestem kategorią zero. Ja decyduję, kto może tu w ogóle grać. – Wstał, poprawił marynarkę. – A teraz wracajmy na salę. Konferencja się zaczyna.


Potrzebujesz pomocy? Zadzwoń chętnie pomożemy.
