Otwórz aplikację mobilną
DRNMon–Fri: 11:00 AM — 8:00 PM
Potrzebujesz pomocy? Zadzwoń chętnie pomożemy.
"Kobiety" to pierwsza część autobiograficznej trylogii autorstwa Michała Ryna - szczera, osobista opowieść o relacjach, które budują, ranią i zmieniają na zawsze. To książka o kobietach, które pojawiają się w życiu mężczyzny nieprzypadkowo: jako miłość, pokusa, ratunek albo lekcja, której długo nie da się zapomnieć.
Autor z dystansem i ironią opisuje własne doświadczenia - związki, zauroczenia, rozstania i momenty, w których emocje brały górę nad rozsądkiem. Nie szuka winnych i nie wystawia sobie laurki. Zamiast tego próbuje zrozumieć, jak relacje z kobietami kształtują tożsamość, decyzje i dalszą drogę życiową.
"Kobiety" to opowieść o bliskości i samotności, o sile uczuć i ich konsekwencjach. O tym, jak łatwo budować ideały i jak trudno żyć z ich rozpadem. Dla ochrony prywatności bohaterek autor zmienił imiona, ale emocje, sytuacje i wybory pozostają prawdziwe.
To książka dla czytelników, którzy nie oczekują prostych odpowiedzi ani romantycznych iluzji - lecz chcą zajrzeć pod powierzchnię relacji i zobaczyć, co naprawdę kryje się między ludźmi.
„Kobiety” otwierają trylogię, którą dopełnią tomy „Praca” i „Rodzina” - trzy filary jednego życia.
FRAGMENT TEKSTU
„Teraz, kiedy jestem u kresu swych dni…” - tak zaczynałaby się moja opowieść, gdybym był Egipcjaninem Sinuhe. Lecz nie jesteśmy w czasach starożytnych ale współczesnych i pięćdziesiąt parę lat to prawie początek. Mam za to bagaż doświadczeń, które ukształtowały człowieka, którym dziś jestem. Piszę tę historię nie dla chwały, ale dla zrozumienia. Dla siebie, a także dla tych, którzy być może odnajdą w moich potknięciach odbicie własnych dróg.
Aby uporządkować ten chaos wspomnień, podzieliłem opowieść na trzy filary, na których zbudowałem - i czasem zburzyłem - swoje życie: Kobiety, Pracę i Rodzinę.
W „Kobietach” opowiem o tych, które kochałem, które mnie opuściły i które mnie ratowały. To one były moimi najsurowszymi nauczycielkami i najczulszymi przewodniczkami, często nieświadomie wytyczając szlaki, którymi podążałem. Dla ochrony ich prywatności, zmienię imiona, choć jestem pewien, że one same, czytając te słowa, poczują echo wspólnej historii.
„Praca” to opowieść o kulisach świata, gdzie ambicja ścierała się z etyką, a sukces ma swoją cenę. Rozpocznie się od moich początków w farmacji – branży, która z pozoru jest zimna i naukowa, a w rzeczywistości bywa areną namiętności i intryg o których trochę mogłeś dowiedzieć się z takich filmów jak „Botox” czy „Wyjazd integracyjny”. Poznasz kulisy, o których się nie mówi.
„Rodzina” to tom najtrudniejszy i najcenniejszy. To historia miłości, która wydała najwspanialszy owoc – moje dziecko – ale też nie zdołała przetrwać próby czasu. Przez pryzmat rozwodu spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie: co tak naprawdę chroni związek, a co go nieodwracalnie niszczy? Nie mam prostych odpowiedzi, ale znam wagę pytań.
Sierpień dwutysięcznego roku w Łodzi był gorący i ciężki, jak koc, który dusi człowieka we śnie. Stałem na balkonie, patrząc, jak zachodzące słońce maluje bloki na krwisto-pomarańczowy kolor. W środku, w pokoju pełnym zapakowanych kartonów, moja żona - a już niebawem była żona - kończyła pakować ostatnią walizkę.
Czternaście lat. Czternaście lat razem… od liceum, przez studia, małżeństwo, rodzicielstwo, wspólne plany. A teraz to!
Nie kłóciliśmy się. Nie było krzyków ani dramatycznych scen. Była tylko cisza - gęstsza od dymu po pożarze - i jedno zdanie, które padło miesiąc wcześniej. Wysłane SMS-em z Włoch:
„Z nami koniec. Chcę rozwodu”.
Patrzyłem na nią. Na tę samą kobietę, której brązowe oczy kiedyś śmiały się tak często do mnie. Teraz były spokojne… Uporządkowane… Niemal obce. Skończyła psychologię, mówiła o samorozwoju, o potrzebie spełnienia, o zasadności komunikacji. A teraz… to.
Budowaliśmy stabilne życie. Dla nas. Dla Darii. Wydawało mi się, że właśnie tym jest miłość: wiernością, codziennością, wspólnym frontem przeciwko światu.
A potem pojechała na to szkolenie. Najpierw jedno. Potem drugie. Wróciła odmieniona. Rozpromieniona. Mówiła o energii grupy, o nowych metodach pracy, a potem… o nim. O czarującym Włochu. O tym, że przy nim poczuła się „jak kobieta”.
Słuchałem, czując jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Jak budynek, który mozolnie wznosiłem przez lata, rozpada się w kilka chwil.
Próbowałem walczyć. Prosić. Pytać, co zrobiłem nie tak, co mogę naprawić.
Odpowiedź była prosta:
„Nic…, to się po prostu stało. Był pociągający. Nie mogłam się oprzeć”.
Te słowa „nie mogłam się oprzeć” będą mnie później jeszcze prześladować. Staną się gorzkim refrenem, powtarzanym przez inne usta, w innych sypialniach. Ale wtedy, w tamtym gorącym sierpniu, były po prostu młotem, który roztrzaskał mój świat na kawałki.
Kiedy jej włoski romans okazał się mglistą obietnicą, a on zniknął jak sen, wróciła. Zaproponowała „odbudujmy dla dobra Darii”. Wtedy coś we mnie pękło.
Zdrada boli. Ale propozycja powrotu z litości, z obowiązku, zamiast z pragnienia - to upokorzenie, które pali do szpiku kości.
Powiedziałem „nie”.
W listopadzie sąd przypieczętował nasz rozwód.
Zostałem sam. Po prostu sam.
Z pustym mieszkaniem, w którym każde echo przypominało rodzinne śmiechy. I z córką, której niewinne oczy zadawały pytania, na które nie miałem odpowiedzi.
Miałem trzydzieści lat. Dbałem o ciało na siłowni, bezwiednie, mechanicznie. A jednak czułem się jak pusta skorupa. Poczucie własnej wartości leżało w gruzach. Przez czternaście lat wierzyłem, że jestem „wystarczający”.
Dla niej okazałem się niewystarczający w każdym możliwym wymiarze - emocjonalnym, seksualnym, męskim.
To właśnie z tego miejsca - z emocjonalnej zapaści, z poczucia bycia kimś, kto nie potrafił zatrzymać przy sobie kobiety - zaczyna się moja droga. Droga, która zaprowadzi mnie najpierw do Kasi, ucząc rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Droga, która wciągnie mnie w dziwny układ z „Czterema”. Droga przez kobiety - te, które będą leczyć rany po tamtej, i te, które zadadzą kolejne. Kobiety, które mnie zmienią. Albo przy których poczuję się choć przez chwilę… wspaniale.
Nie wiedziałem tego wtedy, stojąc na balkonie i patrząc, jak taksówka odjeżdża z moją przeszłością. Myślałem tylko, że coś definitywnie się skończyło. Nie miałem pojęcia, że właśnie coś się zaczyna. Coś znacznie bardziej chaotycznego, bolesnego i oświecającego, niż mógłbym to sobie wyobrazić.
Był koniec. Było samotne „ja”. I był ogromny, głuchy głód bycia ponownie - choćby na chwilę – kimś ważnym dla kogoś. Choćby tylko dla czyichś zmysłów.
Luty dwa tysiące pierwszego roku, Łódź, Dublin Pub.
Zimowe powietrze w Łodzi gryzło w policzki, ale wewnątrz „Dublina” panowała gorąca, ożywiona atmosfera, której w moim własnym życiu nie czułem od miesięcy.
Po rozwodzie byłem jak statek dryfujący bez celu. Moja siostra, widząc moją apatię, wciągnęła mnie w wir imprezy ostatkowej, niczym ratownik rzucający tonącemu koło. Przebranie za pirata było ironiczną metaforą - czułem się jak rozbitek, nie jak zdobywca.
Staliśmy przy barze, przyglądając się innym ludziom. Mój wzrok niespodziewanie przykuł stolik, przy którym siedziała grupa kobiet. A właściwie jedna z nich. Rzucała się w oczy nie przez strój, ale przez światło, które zdawało się ją otaczać. Jasne, lniane włosy, śmiech tak szczery i głośny, że przebijał się przez gwar w pubie.
- Nie gap się jak sroka - powiedziała siostra. - Idź, porozmawiaj z nimi.
Ruszyłem w stronę stolika, chyba zbyt mocno wczuwając się w rolę pirata. Gdy dotarłem do ich stolika, z trzaskiem położyłem na nim swój piracki rapier.
- Drogie panie, dokonuję abordażu i przejmuję ten stół. - Nie pytając się o zgodę, usiadłem na jednej z ław.
Wszystkie dziewczyny zamilkły i lekko się cofnęły. Tylko Ona patrzyła na mnie z uśmiechem na ustach.
- Więc jesteś piratem. Po godzinach czy na pełen etat? - rzuciła, przechylając głowę. Jej głos był ciepły i melodyjny.
- Tylko w karnawale - odparłem. - A ty?
- Lekarz, dermatolog i nie tylko w karnawale, ale na co dzień również.
- Widzę, że trafił mi się stolik medyczny. Sami dermatolodzy czy może inne specjalizacje też są tutaj?
Rozejrzałem się po pozostałych dziewczynach. Jednak żadna nie odpowiedziała. Wyglądały na wciąż lekko zszokowane moim zachowaniem. Rozmowę kontynuowała tylko Ona.
- A co z resztą twojej załogi? Zostawiłeś dziewczynę samą przy barze.
Tym pytaniem zaskoczyła mnie. To znaczyło, że zauważyła mnie wcześniej. To była dla mnie nowość.
- Reszta mojej załogi to moja siostra - odpowiedziałem z uśmiechem.
Rozmowa potoczyła się sama. Była żywiołowa, inteligentna, pełna ciętych ripost i żartów. Mówiliśmy o wszystkim i o niczym - o pracy, o Łodzi, o absurdach życia. Reszta stolika powoli zniknęła w tle. Była tylko ona, jej uśmiech i ta dziwna, natychmiastowa łatwość, z jaką się rozumieliśmy. Nie wymieniliśmy numerów. Nie umówiliśmy się.
- Kiedy impreza dobiegała końca, pożegnaliśmy się zwykłym „miło było ciebie poznać”. Ale kiedy wyszedłem na mróz, wciąż czułem w uszach echo jej śmiechu. To uczucie towarzyszyło mi przez kolejne dni. Ale wtedy nie chciałem nic więcej. Zajęty czymś czas, dobra rozmowa. To było wtedy wystarczająco dużo.
- Kilka dni później siostra znów postanowiła wyciągnąć mnie do ludzi. - Kabaret w sobotę, nie dyskutuj.
- Weszliśmy do wibrującego muzyką wnętrza klubu pełnego już bawiących się ludzi. Kilka minut później, stojąc na brzegu parkietu, ujrzałem Ją. Poruszała się z taką gracją, że wydawało się, iż to muzyka rodzi się z jej ruchów. Jej ciało było pieśnią, a ja nagle bardzo chciałem poznać jej słowa.
- Ej, czy to nie ta sama dziewczyna z Dublina? - spytała siostra.
- Tak. Idę się przywitać.
Przecisnąłem się przez tłum. W momencie, kiedy do niej podszedłem, muzyka zwolniła, przechodząc w sensualny rytm bluesa.
- Czy piratowi przysługuje chociaż jeden taniec? - zapytałem.
Przez chwilę w jej spojrzeniu widziałem zdziwienie, które szybko przeszło w rozpoznanie, a na twarzy pojawił się ten sam rozbrajający uśmiech.
- Myślałam, że piraci wolą rum i bitwy morskie - odparła, ale jej dłoń już wyciągała się w moją stronę.
I znów reszta świata przestała istnieć. Jej ciało idealnie dopasowało się do mojego. Pochyliła się do mojego ucha, czułem jej ciepły oddech na mojej szyi.
- Ciekawe, spotykamy się przypadkiem w odstępstwie kilku dni. Łódź przecież nie jest taka mała.
- Tak, rzeczywiście ciekawy zbieg okoliczności. I od razu mówię, że nie mam zamiaru z nim dyskutować - odparłem, czując, jak coś, co zamarło we mnie po rozwodzie, budzi się do życia pod dotykiem jej dłoni na moim ramieniu.
Tego wieczoru wymieniliśmy numery telefonów. Czułem, wiedziałem, że to nie będzie koniec. To był dopiero początek.

Potrzebujesz pomocy? Zadzwoń chętnie pomożemy.
